Odkrycia Netflixa #maj – Ania, nie Anna

W maju miała miejsce premiera kolejnej Netflixowej produkcji – Ania, nie Anna na podstawie serii powieści Lucy Maud Montgomery. Irytująca marzycielka powróciła w nieco innej odsłonie. Który dziewczynka nie kojarzy zielonej farby, bufiastych rękawów czy zdradliwej nalewki? Po latach wspomina się to jeszcze lepiej.

Przez Internet przelała się już fala skrajnych opinii. Jedni twierdzą że najnowsza ekranizacja Ani to gwałt na powieści – to chyba nieco przesadzone. Inni z kolei że wylali morze łez przy każdym epizodzie. Ja znajduję się gdzieś pośrodku, ale i tak jest to miejsce dla mnie satysfakcjonujące.

Od zawsze wiedziałam, że przygody Ani z Zielonego Wzgórza które czytała mi mama i do których wracałam sama będą lekturą obowiązkową jeśli sama kiedykolwiek będę miała córkę. Wyobraźnia, optymizm Ani, jej spotkania z różnymi rodzajami ludźmi na różnych etapach życia – to cudowna, czasami cukierkowa, ale wciąż ciekawa lekcja. Twórcy serialu tę komfortową przystań postanowili nieco opuścić na rzecz zderzenia bohaterki z okrutnym światem. Trauma przeżyta u rodziny zastępczej i lata poczucia odrzucenia składają się na rozedrganie psychiczne małej dziewczynki, która desperacko pragnie zostać na Zielonym Wzgórzu gdzie czuje się akceptowana. Bardzo podobały mi się te wtrącenia ukazujące ją rozmyślająca nad przeszłością, która jak koszmar wraca w stresujących momentach. Nadaje to realizmu, bo umówmy się, nie ufamy ludziom przesadnie pozytywnym. Szczególnie dziś, w dobie kiedy jesteśmy bombardowani poradnikami jak cieszyć się życiem, jak wykorzystać swój dzień w 200% i jak ZAWSZE wyglądać doskonale, Ania nie irytuje tak jak czasami irytowała w książce. Mnie wręcz ściskało w niektórych bardziej dramatycznych scenach gdzie Ania z tej radosnej, szczerbatej dziewczynki zamienia się w roztrzęsione, zaszczute zwierzę.

Relacja Ani i Gilberta zawiązuje się we wiadomym kierunku już od początku. Ale kto wie, może i tutaj czeka nas jakiś twist?

To wokół głównej bohaterki toczy się akcja – uważam że wybór Amybeth McNulty był świetny – jest bardzo naturalna, narwana i niepokojąco pobudzona, zupełnie jak Ania. Jednak najlepszym elementem serii jest dla mnie Maryla. Bardzo lubiłam książkowy pierwowzór, a grająca ją Geraldine James jest obłędna. Cieszę się że rozpisano jej wątek. Zawsze wyobrażałam sobie, że poznam jej młodość i przeszłość. Kolejna postać, która daje się nam lepiej poznać. Inne drugoplanowe postacie są też bardziej rozbudowane niż pamiętamy to z książki – nie przeszkadzało mi to specjalnie. Raził mnie tylko wątek Gilberta (Lucas Jade Zumann) – w jego zadziornej relacji z Ania w książce była własnie ta wyjątkowość dzięki której pamięta się tę parę nawet po latach. W serialu przedstawiono to w typowy i bardziej przewidywalny sposób.

Jeżeli twórcy już decydują się na pokazanie radosnych momentów – to tak – są one tak dziecięce, naturalne i ładne. W ogóle serialowa Diana jest np. fajniejsza niż w książce!

Żeby nie było zbyt kolorowo, Ania, nie Anna jest serią nierówną – im bardziej pod koniec tym więcej dramy przez co w pewnym momencie zaczyna to przypominać jakąś operę mydlaną i sama nie wiem czy kierunek w którym idą twórcy jest słuszny. W końcu Ania przede wszystkim powinna być skierowana do młodszej widowni, lub dla całych rodzin. Tymczasem ja po ostatnich epizodach jako dziecko chyba sikałabym po nocach biorąc sobie do serca te wszystkie tragedie.

Ania mimo wszystko jest przyjemną serią i dobrym powrotem dla wielbicieli książki. Nabrałam ochoty żeby jeszcze raz przeczytać sagę Lucy M. Montgomery i wiecie co? Z niecierpliwością czekam na kolejne sezony bo ciekawa jestem pomysłów twórców na dalsze jej perypetie, szczególnie w dorosłym życiu. Poza tym, wychodzi na to że czasami nawet kanadyjska produkcja telewizyjna może być dobra. Do tej pory kojarzyło mi się to tylko z filmami typu Prawdziwe Historie, bardzo popularny cykl w latach 90. w telewizji publicznej.

Izabela Dzierżek

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *