Fences [2016] Denzel Washington

Fences to mój tegoroczny faworyt jeśli chodzi o Oskary 2017 w 100% nie otrzyma statuetki, ale to i tak sukces, że ten film został nominowany. Nie pamiętam żeby tak kameralny film, i tak świetnie zagrany, a jednocześnie praktycznie w ogóle nie promowany, dostał się do finałowej grupy.

Lubię takie kameralne kino, a Fences Denzela Washingtona to adaptacja sztuki teatralnej. Czasami coś, co sprawdza się na scenie nie zdaje egzaminu na ekranie, choć zdarza się też że adaptacja jest równie dobra (Anioły w Ameryce) lub wręcz lepsza (Tramwaj Zwany Pożądaniem) niż wersja sceniczna. I Washingtonowi udało się zawrzeć kameralność, świetne aktorstwo oraz spójność, które nie nudzi. Fences skupia się na tragedii jednostki.

Nieszczęście głównych bohaterów rodzi i kiełkuje się na naszych oczach. Obserwujemy jak główny bohater, wygadany i pewny siebie Troy stopniowo zaczyna gubić się, zapominać o tym, co przeszedł i jak wielkie miał szczęście spotykając swą żonę Rose. Ona z kolei reaguje tak, jak każda zraniona kobieta by zareagowała i walczy tak jak każda kobieta by walczyła mimo cierpienia odczuwanego na każdym kroku. Nie pomaga rozmowa ze szczerym przyjacielem, nie pomaga pełne bólu wyznanie żony. Troy to tylko mężczyzna, słaby i wygodny. Oddala się od wszystkich, niszczy słabą więź z młodszym synem i powoli na pierwszy plan wysuwa się właśnie Rose. Od początku filmu nalega by Troy w końcu skończył budować ogrodzenie. Ten mały płotek znaczy jednak więcej niż tylko dosłowna separacja jednej posesji od drugiej. Na początku ma być ochroną, potem zamienia się w jedyny łącznik dwójki ludzi.

Oglądając Fences pomyślałam – na takie filmy warto chodzić do kina, i po wyjściu odczułabym 100% satysfakcję. Niestety, żaden polski dystrybutor się na ten film jeszcze nie połasił, i raczej się tak nie stanie. Szkoda, pozostał nam Internet i serwisy vod.

Wracając jednak do tytuły, od pierwszych minut Denzel Washington mnie zaskoczył. Lubię tego aktora, mimo że sporo ról w swojej karierze powielił to jednak raczej unikał totalnego gówna i sprawia wrażenie, że daje z siebie 100%. Tutaj poradził sobie świetnie, biorąc pod uwagę, że i reżyserował i grał bardzo wymagającą rolę. Dawno nie oglądałam tak rozgadanej postaci. Myślałam na początku, że ten film jest jego. Wystarczyły jednak kolejne sceny z Violą Davis bym praktycznie padła na kolana. Nie pamiętam, żeby jakaś aktorka wzbudziła we mnie tyle łez. Dodam, że mój chłopak łkał jak dziecko pod koniec. To naprawdę się nie zdarza!

Nie ma w tym filmie zbędnego elementu, zbędnej, nużącej postaci. Muzyka nie denerwuje tak jak np. w Moonlight, gra aktorstka to majstersztyk. Jeżeli będziecie mieć okazję obejrzeć – serdecznie polecam! To jest też plus Oskarów, szczególnie w ostatnich latach. Zwykle najlepszy film nie wygrywa, ale podczas przygotowań można trafić na perełki.

Izabela Dzierżek

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *