La La Land [2016] Damien Chazelle

Kto by pomyślał, że dwa lata po ogromnym sukcesie kameralnego filmu Whiplash Damien Chazelle przypomni nam, na czym polega magia srebrnego ekranu, zaczaruje nas doskonałą muzyką i nie zapomni o gorzkiej nucie realizmu w swojej bajkowej wizji Kaliforni?

Jest kilka festiwali, które śledzę i jednym z nich jest Toronto Film Festiwal. Tam właśnie La La Land zdobył nagrodę publiczności, mnie zaś zaintrygował już sam plakat i duet – bo Ryan Gosling i Emma Stone świetnie się razem bawią we wspólnych projektach i ich chemia świetnie działa na publikę. Wiedziałam też, że Gosling nieźle śpiewa – obczajcie jego projekt Dead Man’s Bones – niezwykle niepokojąco – intrygujący projekt. Uwielbiam musicale i dla mnie każda próba jest ciekawa, no dobra, może nie polska (przypomniało mi się #wszystkogra…) a wiedziałam też, że Chazelle tego nie spieprzy. Wczoraj w końcu doczekałam się premiery i… zakochałam się.

Fabuła w założeniu miała być całkiem prosta – ot ich dwoje na rozstaju dróg, w drodze po spełnienie swoich marzeń. Ona marzy o karierze aktorskiej dorabiając w kafejce studia Warner Bros, on codziennie pije kawe obserwując stary klub jazzowy gdzie grali jego idole. Oboje na początku nie przypadają sobie do gustu by jednak w końcu zdać sobie sprawę, że to, co ich łączy to wiara że te swoje marzenia spełnią. I tak mija im czas na marzeniu, na śpiewaniu i stepowaniu w dziwnych miejscach. Aż do momentu gdy pojawia się szansa, by te marzenia spełnić. Wtedy muszą dokonać jeszcze ważniejszego wyboru. Nie zdradzę tego, co się stanie, koniec jednak, w przeciwieństwie do tego, do czego przyzwyczaiły nas klasyczne musicale, jest on bardzo życiowy i to jest ogromny atut filmu.

Te kolory, ta kompozycja kadru i ta muzyka – hipnotyzująca scena, która wkrótce przejdzie do klasyki.

Scenariusz to jedna kwestia, ale sama produkcja to drugie. La La Land jest po prostu filmem ślicznym – począwszy od doskonałych, kolorowych sukienek głównej bohaterki przez ciepłe i radosne wnętrza kończąc na hipnotyzującym, kalifornijskim niebie. Musical dopracowany jest co do szczegółu, sekwencje muzyczne i taneczne bardzo fajnie wplecione jednak nie na tyle nachalne, że ktoś kto nie lubi tego gatunku szybko się znudzi. Na sali kinowej panowała przez cały seans totalna cisza, a na koniec wszyscy zaczęli klaskać. Chazelle przypomniał to, co porywa w kinie ludzi od początku XIX wieku i ja jestem mu za to bardzo wdzięczna.

Nie jest ciężko przyznać, że sam duet – Stone i Gosling to ulubieńcy publiczności a ich zgranie na ekranie udziela się widzom. Na długo zostaną w mojej głowie piękne kompozycje jak wzruszające City of Stars czy A Lovely Night i jestem pewna, że każdy wstrzymał oddech na scenie podczas sceny spotkania w barze.

Nie potrafię nie zachwycać się Emmą Stone, która w każdej scenie wygląda przepięknie.

Filmomaniacy docenią też szacunek Chazelle do filmów, które go zainspirowały. Subtelne odniesienia do Casablanki, Deszczowej Piosenki, Amerykanina w Paryżu, Buntownika z Wyboru składają się na film, w którym wraca się w nowy, współczesny sposób do klasyki która w jakiś sposób nas ukształtowała. Jeden z bohaterów tłumaczy Goslingowi, że cały czas grając jazz w tradycyjny sposób nie rozwija się i dlatego jazz umiera – bo jego czas minął. Emma Stone natomiast obstawała przy tym, że jeżeli w coś wkładamy pasję, to ludzie to docenią. I sami zdecydujcie kto ma w tym przypadku rację, bo Chazelle ewidentnie określił swój cel w słowach jednego z tych bohaterów.

Idźcie do kina koniecznie, to film który spełnił oczekiwania a moje nieśmiałe obawy rozmyły się wraz z pierwszymi minutami filmu.

moja ocena: 8/10

Izabela Dzierżek

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *