Utopia i dystopia [18. Festiwal Cropp Kultowe]

18. edycja festiwalu Cropp Kultowe dobiega końca. Co zobaczyłam? O tym dzisiaj!

Drugi wpis postanowiłam poświęcić zeszłemu tygodniowi. Wstyd się przyznać ile z zaplanowanych w tym roku filmów udało mi się obejrzeć, ale liczy się przecież jakość prawda? I doborowe towarzystwo oczywiście. Agniecha i Damian skutecznie zaliczali kolejne seanse, więc na pewno i u nich znajdziecie o wiele bogatsze relacje. Ja obejrzałam 3 skrajnie różne filmy, które, paradoksalnie, dałoby się ze sobą połączyć!

Mało kto nie widział Czarnoksiężnika z Krainy Oz – na tym amerykańskim klasyku wychowało się już wiele pokoleń. Miałam okazję obejrzeć go na dużym ekranie i to w dodatku w klimatycznym kinie Rialto. Dzięki kinowemu seansowi łatwiej docenić pieczałowitość z jakim film został zrobiony – statyści, kostiumy, piosenki, układy taneczne – biorąc pod uwagę, że to rok 1939, to naprawdę majstersztyk. Oczywiście nie będąc dzieckiem, pewne elementy stały się niepokojące jak chociażby miasto Munczkinów (zebrano chyba grupę karłów ze wszystkich Stanów.)

trzewiczki Dorotki to moje niespełnione marzenie

Historia o zdobywaniu uczuć, odwagi i rozumu jest uniwersalna i w filmie zgrabnie wykorzystano te motywy. Skupmy się jednak na innym aspekcie tej historii. Autor, Frank L.Baum opisał utopijny świat Oz w czasach wielkiej depresji i zdanie wypowiadane przez Dorotkę, “there is no place like home” jest niestety kłamstwem. Bo Kansas dalekie było od miejsca marzeń. Podkreślone jest to przez sepię gdy bohaterka jest w Kansas i jaskrawe kolory w samym Oz.

Strach tudzież rozczarowanie rzeczywistością ukazane zostało w inny sposób, bardzo oryginalny i niepokojący przez Davida Lyncha w Głowie do Wycierania. Muszę przyznać, że film trafia do grona filmów ryjących mi banię i aż sama jestem zadziwiona, że dotrwałam do końca seansu.

Główny bohater żyje w, dla odmiany, zupełnej dystopii w jakichś bliżej nieokreślonych gruzach. Jest to ciemnobury, opuszczony świat w którego centrum jest on, jego dziwna partnerka i najdziwniejsze dziecko jakie widziało kino – kwilące i przypominające małego E.T. Jacek Rokosz we wstępie do seansu zaznaczył że w tym czasie partnerka Lyncha niespodziewanie zaszła w ciąże i reżyser bardzo bał się ojcostwa. Ten fakt pozwala nieco zrozumieć ten dziwny twór, widać też że strach przed dzieckiem był u reżysera naprawdę ogromny.

Lepiej jednak skupić się na estetycznym aspekcie filmu – czarno biały, częściowo niemy film jest również wizualnym majstersztykiem. Industrialne, klaustrofobiczne wnętrza, niepokojące szmery i muzyka budujące atmosferę grozy i niepokoju, karykaturalne postaci – wszystko to składa się na surrealistyczny koszmar z którego nie można się obudzić. Warto dodać, że Lynch wszystko sam wyprodukował, nakręcił, zmontował. Warto zobaczyć, bo mimo dziwności jest to dzieło totalne i prezentujące wizję kina tak odmienną od komercyjnego, że seans paradoksalnie działa jak katharsis. Po nim już nic nie ogląda się tak samo.

Podsumowując krótko cały festiwal, żałuję tylko że obejrzałam zaledwie cztery filmy niemniej jednak za rok na pewno też się pojawię, bo taki rozstrzał gatunkowy to już chyba wiodąca cecha Cropp Kultowych. Festiwal nie boi się bezkompromisowego kina zestawionego z typowo komercyjnymi produkcjami i chwała mu za to. Każdy co roku znajdzie coś dla siebie, ale też ma okazję wrócić z sentymentem do znanych filmów.

Izabel