Ostania miłość na ziemi [2011] reż. David MacKenzie

Ostatnia Miłość na Ziemi to cudowny przykład na to, jak można się pozytywnie rozczarować. Niepozorna, banalnie brzmiąca historia pewnej miłości na tle katastrofy brzmiała jak klisza. A tu proszę. Dostajemy o wiele więcej!

Jest sobie nasz świat, normalny, niedoceniany, zanieczyszczony, wolniutko zmierzający ku zagładzie. I tu zaskoczenie – ani obcych, ani apokalipsy, ani nawet wojny. Ktoś tam u góry tym razem stwierdził, że zaatakuje z innej strony. Jeden po drugim odbiera ludziom zmysły. Począwszy od węchu, ludzie zaczynają być kalekami, w dodatku jeszcze emocjonalnymi. Bo jeżeli czasami trudno jest się nam dogadać w normalnych okolicznościach, to co dopiero kiedy się nie widzimy/słyszymy/czujemy. Dodać trzeba do tego ten najgorszy strach – przed samotnością.
W tych zacnych okolicznościach spotykają się kucharz Michael (Ewan McGregor) – wieczny Piotruś Pan gardzący związkami oraz epidemiolożka Susan (Eva Green) – nieco zamknięta w sobie i tych związków się bojąca. Odpychają się, igrają, troszkę boją się związać no ale w końcu przed miłością uciec nie można. Co jeśli będzie to ta jedna z ostatnich na naszej planecie?
Tak jak wspomniałam wcześniej – urzekła mnie ta historia. Trąca banałem, igra na emocjach, ale ja to lubię a im film smutniejszy i dołujący, tym dla mnie lepszy. Bo czasami szczęśliwego zakończenia nie ma, w życiu tym bardziej. Nie mogę nie zwrócić uwagi na rewelacyjne wykonanie. Świetne ujęcia przetykane filmami z różnych wydarzeń z naszej najnowszej historii i do tego dobra narracja tworzą film kameralnym i jak dla mnie, naprawdę wyjątkowym.
O Ewanie McGregorze nie będę się rozpisywać, kupuje go zawsze i wszędzie – zwykle wybiera naprawdę interesujące produkcje. Chciałam natomiast wspomnieć o Evie Green, której jakoś do tej pory nie lubiłam – teraz zmieniam zdanie i na pewno bardziej zwrócę na nią uwagę. Świetnie odegrała swoje zagubienie, pewne nieprzystosowanie do społeczeństwa. Super – oby tak dalej. Bardzo zachęcam i czekam na opinie, bo jak wyszukałam, film wzbudza skrajne emocje.

Izabel

  • Mnie również zauroczył, a też nie spodziewałam się cudów. I ja także właśnie tu polubiłam Evę Green:)

  • myślę, że Eva nie gra tego zagubienia i nieprzystosowania, ona trochę taka jest. Ja ją obserwuję od dawna i bardzo cenię. Polecam "Łono" z nią i serial "Camelot", w którym rządzi 🙂

  • "Camelot" planuję hurtem na wakacje, jestem po grubym tomiszczu "Mgieł Avalonu", ciekawa jestem kolejnej interpretacji legendy 🙂